Home » Antropologia Kultury, Artykuły

Marcel Kwaśniak – Antropolog wobec kultury – czyli podróże między czaszką a motylkiem

25 sierpnia 2009 No Comment

Marcel Kwaśniak

Antropolog wobec kultury – czyli podróże między czaszką a motylkiem

Rozhisteryzowana dziewczyna biega wokół bramy Uniwersytetu. Rozpaczliwie pyta przygodnie napotkanych: „Gdzie jest antropologia?!” Żaden z kolejnych nagabywanych nie potrafi udzielić odpowiedzi. Wreszcie niewiasta wpada do pierwszego lepszego dziekanatu i po raz setny wykrzykuje: „Gdzie jest antropologia?!!” Siedząca za biurkiem kobieta ze spokojem odpowiada: „Wszędzie dziecko, wszędzie!”

Opisana powyżej sekwencja pochodzi z filmu Andrzeja Żuławskiego „Szamanka” – jednego z gorzej zrealizowanych filmów polskich ostatnich lat. Ale nie to jest przedmiotem naszych refleksji. Sceny te, oprócz oczywistych walorów narracyjnych, posiadają – lub posiadać mogą – głębszy sens. Autorka scenariusza – skandalizująca polska pisarka Manuela Gretkowska (z wykształcenia antropolog) zapewne nie bez kozery umieściła je w swoim dziele. Mogą stanowić motto do rozważań o naturze i stanie szukanej przez piękną bohaterkę wspomnianego filmu dyscypliny.

Antropologia jest nauką tak rozległą, że przedmiotem jej badań może stać się wszystko co z człowiekiem – a ściślej z jego kulturą – związane, a jednocześnie dokładne umiejscowienie jej na mapie dyscyplin naukowych jest niemal niemożliwe. Stan ten trwa od dawna i jest dla tej nauki niemal naturalnym. Już w 1905 roku Alfred Haddon (nauczyciel A. R. Radclif-Browna) stwierdził, iż „psychologia, teologia, socjologia i historia – wszystkie one zachodzą na siebie na terenie na którym antropolog poluje na swą zdobycz”[1], a podobne wypowiedzi formułowane były już wcześniej. Z biegiem czasu zmieniały się oczywiście sposoby polowań i obrabiania zdobyczy, ale i zmieniła się sama zwierzyna.

Problemy zaczynają się już z samą nazwą. Etnografia, etnologia, antropologia kultury używane są wymiennie i konia z rzędem temu, kto potrafi je precyzyjnie rozgraniczyć. Pomijalny jest przy tym fakt, że u przysłowiowej cioci na imieninach, a więc w potocznym języku niespecjalistów, etnologia kojarzy się z motylkiem, a pierwszym skojarzeniem podczas rozmów o antropologii jest wielki rząd czaszek, zębów i szkieletów.

Rzućmy okiem na lokalną kosmogonię.

Polskie początki dyscypliny wywodzą się z XIX-wiecznych patriotyczno-romantycznych tradycji zbieracko-łowieckich skarbu Narodu – zwyczajów i wierzeń tzw. Ludu. Zastępy Don Kichotów – Kolbergów szły, szły pod strzechy łapiąc co się da. Świat był wtedy piękny i poukła­dany, gdyż przynajmniej wiedziano kto (co) to jest Lud. Obiekt badań był jasno określony, przez co łatwiejszy do badania. Nie istniało wtedy wiele dzisiejszych problemów badawczych (lub przynajmniej nie były one wtedy tak istotne). Ot choćby problem identyfikacji i autoprezentacji badacza. Wieś była wiejska, a badacz był nobliwy i pełen szacunku. Niestety sielanka nie trwała zbyt długo. Wraz z rozwojem i krzepnięciem największego wroga księży, etnografów i cyklistów – rewolucji przemysłowej, oraz powstaniem zrębów tzw. kultury masowej, oblicze ludu zmieniło się nie do poznania.

Zmiana ta wpłynęła fatalnie na kondycję etnografii, na dodatek chwilowe niedomaganie zmieniło się w permanentną niemoc i w końcu zmarło się biedaczce. Pogrzebem sprawnie zajęły się dzieci: Etnologia i Antropologia Kultury. Od początku rzucało się w oczy ich podobieństwo. Szybko okazało się, że są to bliźnięta, a ostatnie czasy wskazują na to, że są to bliźnięta jednojajowe.

Choć etnografia zniknęła już – przynajmniej literalnie – z wykazu nazw uniwersyteckich katedr, żyje ona jednak jak widmo w instytucjach zwanych Muzeami Etnograficznymi. Te dawno oderwane od tętna bieżącego życia placówki podtrzymują kult zgromadzonych u siebie relikwii, od czasu do czasu je odkurzając i wydając zeszyty gabinetowych rozważań. Dyrektorzy od czasu do czasu przebierają się w stroje ludowe i pokazują ludowi jak powinna wyglądać jego kultura. Okazjonalnie także dorabiają na boku wygrywając w tychże strojach konkursy na najlepsze władanie gwarą.

Antropologia żywi się specyficzną cechą człowieka jaką jest bezinteresowna ciekawość świata. Bezinteresowna nie znaczy jednak bezcelowa. Jest ona autoteliczna raczej z pozoru. Człowiek szukając, podziwiając, analizując, zaglądając w zakamarki świata ciągle wraca w obszar własnego istnienia. Oglądając świat przygląda się sobie. Podróż, opisywanie obcych kultur to tylko preteksty do samooglądu. „Etnologia, czy antropologia kultury jest filozofią, która udała się w podróż, a poznanie człowieka uprawia przez poznawanie innowierców”[2]. Podróż dla antropologa to konieczny warunek istnienia. Badanie terenowe jest swoistym obrzędem przejścia, bez którego ekskluzywne grono „zawodowców” nie traktuje jak „swego”. Aby przeprowadzić badanie antropolog musi ulec swoistemu mitowi: zakwestionować własną kulturę, stanąć obok, być „czystym” – nieskażonym osobistym etnocentryzmem. Najdrobniejszy przejaw wartościowania powinien być z całą bezwzględnością karany. Konsekwentne trzymanie się powyższych założeń to absurd. Można to nazwać antropologią utopijną.

Próba wyjścia w „innego” musi odbywać się pod sztandarami nauki, czy też naukowości, a więc zdawałoby się specyficznego rodzaju racjonalności. Paradoksalnie w badaniach terenowych następuje od owej racjonalności odwrót. Ulegamy dyskretnemu urokowi kolejnych mitów. Wejście w odmienny system myślenia staje się wejściem w dosłownie rozumiane „odmienne stany świadomości”. Poddajemy się mitowi „niezwykłości” obcej kultury. Nie umiemy podejść do innej kultury bez wkładania jej w sferę sacrum. Antropologia staje się surogatem religii, w łagodniejszej wersji ideologią lub tylko światopoglądem. „W epoce, w której ludzie pragną doznawać odmiennych, nadzwyczajnych stanów, skłonni jesteśmy nie zauważać zakresu w jakim nasz zwykły stan umysłu stał się świadomością głęboko zmistyfikowaną -świadomością zdumiewająco oderwaną od rzeczywistości”[3]. Na dodatek funkcjonowanie tej nauki staje się podobne do istnienia sekty. Rozkład terytorialny tworzą uniwersytety. Lokalny guru zbiera wokół siebie grupkę wyznawców. Formuje ich sposób postrzegania świata (a więc w podstawowym wymiarze choćby światopogląd) dostarczając im przez siebie stworzonych lub tylko zaakceptowanych narzędzi – pojęć. To one (a ściślej mówiąc ich rozumienie) wpływają w sposób najbardziej istotny na uczniów-wyznawców. Guru przekazuje swoim wyznawcom wiedzę tajemną. Słowa-zaklęcia, wyrazy-wytrychy. Mit, sacrum, potlacz, tabu, znaczące, znaczone to zapisane w świętych księgach proroków zręby antropologicznej Liturgii Słowa. Kolejne księgi Pisma mogą być pisane tylko w świętym języku. Niestety nazbyt często nowe ewangelie są tylko marnymi apokryfami, pseudonaukową nowomową, która sprawia, że opasłe tomy zawierają (przy odrobinie szczęścia) jedno, może dwa niosące głębszą treść zdania. Eskalacja tego zjawiska przypada na czasy nam współczesne (postmodernizm! Postmodernizm?). Wiele z pachnących świeżą farbą drukarską „dzieł” przypomina balon, którego jedna idea została rozdmuchana do granic wytrzymałości (i przyzwoitości), a przy najmniejszej próbie nadkłucia pozostaje tylko kilka sflaczałych, nie pasujących do siebie kawałków. Cała sytuacja dotyczy oczywiści nie tylko tej jednej nauki, ale humanistyki w ogóle. Jednakże antropologii, choćby z racji jej najszerszego (wyłączając filozofię) spojrzenia na człowieka, najbliżej do religii. Sprzyja temu również duża rola intuicji i w procesie badawczym. Tu pojawia się kolejny problem antropologii – nieprzekładalność intuicji. Niemożność jej precyzyjnej werbalizacji. Poznanie intuicyjne jest też oczywiście niedoskonałe – z jednej strony brak mu matematycznej (i bezdusznej przy okazji) precyzji socjologicznych wykresów, z drugiej intuicja może być zawodna w czasie, kiedy badacz ciągle znajduje się w sytuacji gościa, intruza, potencjalnego wroga – jednym słowem Obcego.

Schizofreniczna natura umysłu antropologa (ja -świat badany i ja – świat z którego pochodzę) wiąże się z zaburzeniem identyfikacji swój – obcy. Istotą badania antropologicznego jest przecież kwestionowanie kultury własnej: „antropologia, to znaczy praca, która zakłada zawieszenie własnych norm, osądów i nałogów mentalnych, moralnych i estetycznych, aby przeniknąć tak daleko jak to możliwe w pole widzenia innego i przyswoić sobie jego sposób percepcji”[4]. Zawieszenie siebie tworzy niestety nieznośną pustkę, którą wypełnić może Podróż. Problem zaczyna się jednak z Powrotem. Antropolog obładowany zespołami wierzeń, rytuałów, praktyk magicznych obcej kultury zdaje sobie sprawę, że przeniesienie zdobyczy jest niemożliwe lub przynajmniej bardzo niebezpieczne. Grozi utonięciem w morzu pojęć, wciąganiem w wiry nieprzekładalnych idiomów.

W takiej sytuacji trudno jest antropologii głosić sądy o człowieku i jego kulturze. Ferowanie ogólnych stwierdzeń to przecież fałszowanie rzeczywistości. Zostawmy to raczej językowi potocznemu. To jego domena. Cóż więc robić?

Zadaniem antropologii powinna być w mym przekonaniu demistyfikacja oparta na zdrowym racjonalizmie. Demistyfikacja w duchu gombrowiczowskim. Nauczmy się ściągać kulturze maski. Spróbujmy odnaleźć prawdziwe gęby ludzkości. Nie ulegajmy quasi-religijnemu zaślepieniu i nie lubujmy się w ornamentyce wyszukanych terminologii i czczej pojęciowej żonglerce. Antropologia jest nauką pogranicza. Nie można jej bezpiecznie zaszufladkować w żadnym uniwersyteckim wydziale. Człowiek nie lubi nieokreśloności. Coś co nie jest lewe lub prawe, męskie albo żeńskie ma zawsze spore szanse na spychanie, nawet wzgardę. Może właśnie dzięki temu nauka ta ma prawo i obowiązek badania zjawisk, których człowiek sam stara się nie zauważać i spychać w nieświadomość. Jeśli ludzie z jakiegoś powodu nie patrzą sobie w oczy w tramwaju zbadajmy to. Jeśli ktoś udaje, że nienawidzi wierzyciela czy żebraka – świetny temat! Jeśli ktoś pisze po ścianach ubikacji – nic bardziej godnego zainteresowania. Nie musimy jechać na drugi koniec świata, aby odnaleźć „obcego” w nas samych.

można być
w kropli wody
światów odkrywcą
można
wędrując dokoła świata
przeoczyć wszystko
(Józef Baran „Światy”)[5]

Szamanka udała się w podróż, aby odnaleźć swego antropologa. Tamten jednak wolał zajmować się stęchłą mumią, dopóki nie wyjadła mu ona mózgu subtelnie używając łyżeczki.

Olga Kowalczuk

Przypisy:

[1] Paluch, Mistrzowie antropologii społecznej:rzecz o rozwoju teorii antropoligicznej, PWN, Warszawa 1990, s.154
[2] Antropologia kultury. Zagadnienia i wybór tekstów, red. Andrzej Mencwel,Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 1998, w: Andrzej Mencwel, Wstęp, s. 10.
[3] Tamże, s. 11.
[4] Leszek Kołakowski, Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań,

BARBARZYŃCA nr 2/3 1999 , s 33- 34
Tekst pierwotnie opublikowany został w czasopiśmie antropologicznym „Barbarzyńca” (www.barbarzynca.com). Przedruk na łamach „Wiedzy i edukacji” za zgoda redakcji.

——————————————————————————————–
Materiał udostępniany na zasadach licencji

Creative Commons 2.5
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne
-Na tych samych warunkach 2.5 Polska

——————————————————————————————–

Leave your response!

You must be logged in to post a comment.