Home » Artykuły, Socjologia

Adam Chmielewski – Ascetyzm wyuczony – wersja akademicka

6 października 2008 No Comment

Adam Chmielewski
Ascetyzm wyuczony – wersja akademicka

Okręty flagowe do stoczni remontowej

„Jesteśmy jak żeglarze, którzy na pełnym morzu muszą przebudować swój statek, lecz nie mogą tego dokonać całkowicie na nowo, od postaw. Gdy zostanie usunięta stępka, należy ją natychmiast zastąpić nową, a w tym celu reszta statku musi posłużyć jako wsparcie. W ten sposób za pomocą starych belek i pływającego drewna da się przebudować cały statek, ale można to uczynić tylko stopniowo”.

Ta metafora Otto Neuratha, jednego z czołowych przedstawicieli szkoły logicznego pozytywizmu, została zamierzona przezeń jako opis teoretycznego rozwoju nauk. Zawiera ona jednak prawdę, z której lekcję czerpać powinny władze edukacyjne w projekcie przebudowy polskiego szkolnictwa wyższego, znanego pod hasłem „okrętów flagowych”. Z tego „stoczniowego” punktu widzenia wszystkie polskie uczelnie należałoby wysłać do stoczni remontowej. Także w dosłownym rozumienia słowa „remont”. Ta wtórna sprawa ma jednak głęboki związek ze stanem polskiej nauki i wyższej edukacji, jest bowiem świadectwem sposobu ich traktowania zarówno przez minione, jak i obecne władze edukacyjne.

Lizboński zgiełk

Czy przez zgiełk dotyczący Traktatu Lizbońskiego ma szanse przedrzeć się do świadomości Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego przykurzony już dezyderat Strategii Lizbońskiej, zgodnie z którym rządy Unii Europejskiej winny wydawać minimum 3% PKB na badania naukowe? W odpowiedzi na to pytanie, udzielonej przed kilkoma dniami, kilkudziesięciu uczonych usłyszało od profesora-ministra Jerzego Duszyńskiego jednoznaczne „nie”. Minister powiedział, że gdybyśmy nagle otrzymali taką górę pieniędzy, to byśmy nie wiedzieli, na co je wydać i się pod nią udusili.

Wyuczony ascetyzm

W pełni zgadzam się z Ministrem: w ciągu minionych kilkudziesięciu lat uczeni polscy, na których badania państwo polskie wydaje obecnie ok. 0,3 procenta PKB, w znacznej większości przyjęli postawę, którą nazwać można syndromem wyuczonego ascetyzmu. Syndrom ten w naszym wypadku polega na tym, że doprowadzono nas to do takiego stanu, iż w sytuacji, gdy otrzymujemy jakieś dodatkowe pieniądze, czy to w postaci nieoczekiwanego dodatku do pensji, czy nieoczekiwanie zwiększonego funduszu na badania naukowe, faktycznie nie wiemy, co z nimi zrobić. Wielokrotnie byłem świadkiem, gdy takie dodatkowe pieniądze, nie wydatkowane w jednym roku, przepadały całkowicie lub częściowo przy przejściu na rok następny.
Jako ofiary wyuczonego ascetyzmu nie śmiemy więc nawet oczekiwać natychmiastowego dziesięciokrotnego zwiększenia nakładów na naukę; na początek wystarczyłoby zwiększenie tych nakładów choćby do wysokości 0,6% PKB. Odpowiedź profesora-ministra Duszyńskiego była jednak bardzo niepokojąca dlatego, że nawet słowem nie zasugerował, iż obecne Ministerstwo kontempluje podjęcie jakichkolwiek kroków w celu zwiększenia nakładów na badania naukowe w budżecie na rok nadchodzący i kolejne lata, choćby w minimalnym stopniu. Wydaje się, że na wyuczony ascetyzm cierpi także samo Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Przypuszczenie to znajduje dodatkowe uzasadnienie w naciskach na rektorów publicznych uczelni wyższych, by wdrażali różne cząstkowe reformy w sposób, który nie będzie generował dodatkowych kosztów, tj. bez zwiększania dotacji ministerialnych dla uczelni. Celem tych reform jest to, abyśmy my, profesorowie, zamiast pracować naukowo, zostali zapędzeni do wyścigu szczurów o pieniądze „w trybie grantowym”, choć wysiłek i czas, jakich wymaga sukces w tym wyścigu, nie pozostawia czasu na autentyczną pracę naukową.

Degeneracyjny budżet uczelni

Jakkolwiek w różnych uczelniach sprawy budżetowe kształtują się w sposób dość odmienny, to ogólny obraz jest mniej więcej taki, że dotacja otrzymywana przez uczelnie publiczne z Ministerstwa, która teoretycznie ma pokrywać całość kosztów funkcjonowania uczelni, tj. kosztów płac, remontów bazy dydaktycznej oraz zakupu mediów i usług zewnętrznych, pokrywa zaledwie połowę tych kosztów (a i to, wskutek przyjętej dawno temu reguły, owo „pokrycie” faktycznie wynosi ok. 95% tej połowy). Od kilku lat większość uczelni przeznacza całość otrzymywanej dotacji wyłącznie na płace kadry naukowej i administracyjnej oraz technicznej. Wszystkie pozostałe koszta są pokrywane z drugiej połowy budżetu, którą uczelnia zarabia własnymi – tj. naszymi – siłami, dzięki temu, iż prowadzi studia zaoczne. Ekstraordynaryjne zakupy sprzętu oraz inwestycje są pokrywane z funduszy, o które każdorazowo władze uczelni muszą ubiegać się w długotrwałym procesie bezpośrednio w Ministerstwie; sukces w tych staraniach często zależy od wsparcia lokalnych polityków reprezentujących dany region w Parlamencie, pod warunkiem, że mają dostatecznie duże przełożenie na właściwe osoby, przy czym tymi właściwymi osobami wcale nie są ministrowie właściwego ministerstwa.
Sytuacja ta ma nie tylko ten skutek, że każdego miesiąca kadra naukowa i administracyjno-techniczna polskich uczelni jest upokarzana wysokością comiesięcznych pensji (to dlatego większość profesorów i adiunktów permanentnie tkwi w nastroju Adasia Miauczyńskiego, który doprawdy nie służy kreatywności, także naukowej). Jej skutkiem jest także i to, że stopniowej degeneracji ulega baza dydaktyczna większości uczelni. Sytuację tę pogarsza dodatkowo fakt, iż obecne obyczaje finansowe, panujące w szkolnictwie wyższym, aktywnie zachęcają rektorów uczelni publicznych do inwestowania w nowe budynki, a zarazem aktywnie ich zniechęcają do remontowania istniejących: jeżeli uczelnia chce wyremontować jakiś budynek, musi na to faktycznie sama zarobić, albowiem dotacja ministerialna, jako się rzekło, wystarcza tylko na płace…
Sytuacja polskich uczelni jest dramatyczna, zaś z perspektywy oczekiwań i postulatów modernizacyjnych kraju jest katastrofalna. Do tej katastrofy przyłożyły ręce wszystkie rządy poczynając od 1989 roku; wypowiedź obecnego wiceministra-uczonego nie wskazuje na to, by obecny rząd miał zmienić politykę wobec nauki. Zarazem nie widać jakiejkolwiek strategii tego ratunku.

Paraliżujący koalicjant

Pilnie potrzebny ratunek całościowy byłby możliwy wyłącznie przez wprowadzenie odpłatności za studia stacjonarne. Jednakże w obecnej sytuacji nie jest to możliwe – pod względem prawnym – z powodu zapisu konstytucyjnego o bezpłatnym dostępie do edukacji wyższej. Ta prawna trudność ma oczywisty wymiar polityczny, ponieważ zapis ten został wprowadzony do ustawy zasadniczej dzięki równie usilnym, co nierozumnym staraniom Polskiego Stronnictwa Ludowego, stadnie popartego przez resztę „sił” politycznych. Zapis ten, uniemożliwiający jakąkolwiek całościową reformę szkolnictwa wyższego, nie zostanie więc zniesiony, ponieważ na przeszkodzie wprowadzeniu odpłatności za studia stanie, z jednej strony, ostatnio zdumiewająco egalitarna Platforma Obywatelska, z drugiej zaś, populistycznie egalitarne Polskie Stronnictwo Ludowe, jej koalicjant, i wszyscy pozostali politycy.

Ratunek dla miejsc pracy

Permanentna niemożność zmiany sytuacji polskiej nauki nie zwalnia nas jednak od obowiązku ratowania naszych miejsc pracy. Nie mam recepty całościowej, ale mam cząstkową propozycję, która mogłaby tę sytuację odrobinę zmienić. Moja propozycja zmierza do tego, aby obecny Minister Nauki, w trybie rozporządzenia, dał rektorom prawo do pobierania semestralnej opłaty administracyjnej od studentów studiów stacjonarnych. Wysokość tej opłaty winna być wyliczona na podstawie realnych kosztów obsługi jednego studenta trybu stacjonarnego, i może być różny w przypadku studentów różnych kierunków.

Opłata administracyjna

Postulowana przeze mnie opłata administracyjna, obliczona na podstawie kosztów obsługi studentów, prowadzonych przez dziekanaty, sekretariaty instytutowe i prorektorskie itd., zajmujące się prowadzeniem spraw studenckich, oraz kosztów utrzymania budynków dydaktycznych, mogłaby zostać wydatkowana przede wszystkim na zwiększenie płac dla pracowników administracyjnych uczelni, a także na remonty obiektów dydaktycznych.
Pragnę zwrócić uwagę na to, że wprowadzenie tej opłaty nie musiałoby stać w konflikcie z istniejącym zapisem konstytucyjnym o nieodpłatnym dostępie do studiów w uczelniach publicznych. Rozumuję tak na podstawie dwóch przesłanek. Pierwsza z nich to treść wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego, który dał uczelniom publicznym prawo do pobierania opłat za studia prowadzone w trybie zaocznym, obliczanych w oparciu o koszta faktycznie poniesione przez uczelnie, cokolwiek ta fikcja oznacza; wyrok ten można, moim zdaniem, traktować jako precedens do zastosowania także w przypadku studentów studiów stacjonarnych. Druga przesłanka to prawo, a może raczej utrwalony i uzasadniony obyczaj, które pozwala uczelniom pobierać uczelniom publicznym opłaty administracyjne za obsługę kandydatów na studia.

Konsekwencje finansowe

Konsekwencje finansowe wprowadzenia tego kroku można zilustrować na następującym przykładzie fikcyjnej uczelni, która kształci 10000 studentów w trybie stacjonarnym i zatrudnia 750 pracowników administracyjnych. W przypadku wprowadzenia w/w opłaty w wysokości 200 złotych semestralnie, tj. 400 złotych rocznie, oznaczałoby to roczne przychody do budżetu w wysokości 4 mln zł. Ta niewielka kwota mogłaby być przeznaczona w połowie na wzrost płac pracowników administracji uczelni, obecnie wynoszący przeciętnie poniżej 1500 zł. Zwyżka płacy wyniosłaby w ich przypadku ok. 220 zł brutto. Drugą połowę uzyskanych w ten sposób przychodów, tj. 2 mln, uczelnia powinna mieć prawo wydatkowania na pokrycie kosztów utrzymania i remontów budynków przeznaczonych na cele dydaktyczne.
Wprowadzenie postulowanej przeze mnie opłaty administracyjnej mogłoby przyczynić się do zmiany wstydliwej sytuacji, w jakiej znajduje się zarówno infrastruktura techniczna uczelni, jak i płace ich pracowników administracyjnych. Miałoby jednak także inne konsekwencje. Mogłoby bowiem prowadzić do „zwolnienia” pewnej puli środków, pozyskiwanych obecnie przez uczelnie publiczne, na zwiększenie płac nauczycieli akademickich. A także, co może najważniejsze, zrobiłoby wyłom w przekonaniu, że dobra nauka i dobra dydaktyka nie muszą kosztować.

Żądanie (nie)możliwego

Być może wielu zainteresowanych uzna moją koncentrację na płacach kadry administracyjnej oraz na stanie budynków dydaktycznych w uczelniach publicznych za skromny margines problemu, który jest znacznie poważniejszy. Ja sam uważam podobnie: powinniśmy być realistami i żądać niemożliwego. Na pewno nie wolno nam poprzestawać na czczym narzekaniu.
Sądzę jednak także, że dramatyzm sytuacji jest tak wielki, że należy natychmiast zacząć od realizacji tego, co możliwe, tym bardziej, że jest to absolutnie konieczne. Proponuję więc zacząć od realizacji postulatu, który wydaje się możliwy prawnie i politycznie.
Z pewnością sam bym tej kwestii nie podniósł, gdyby nie to, że budynki mojej uczelni są od kilku miesięcy oklejone nie tyle protestacyjnymi, co błagalnymi hasłami bibliotekarzy, którzy proszą rektora o zwiększenie ich płacy, wynoszącej 1200 zł.
A także gdyby nie to, że w jednym z budynków mojej uczelni kawał przedwojennego tynku, o wymiarach metra kwadratowego, oberwał się i spadł wprost na głowę studentki.
Nie wiem, jak moja uczelnia załatwiła sprawę ze studentką, która ucierpiała. Wiem jednak, że skandal byłby znacznie większy, gdyby ten tynk spadł na głowę profesora. Mam nadzieję, że Ministerstwo nie będzie czekało ze zmianą swojego obecnego stanowiska w sprawie finansowania nauki i uczelni do momentu, gdy jakiś kawał tynku spadnie na głowę Ministra.

Adam Chmielewski

www.chmielewski.uni.wroc.pl

profesor zwyczajny, permanentny jednoetatowiec, pracuje na Uniwersytecie Wrocławskim

Aneks:
punkt 1 i 2 artykułu 93 Ustawy o szkolnictwie wyższym,
do sztambucha Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego

Art. 93.1. Wydatki budżetu państwa planowane na finansowanie działalności uczelni publicznych w części dotyczącej wynagrodzeń waloryzowane są corocznie, co najmniej o średnioroczny wskaźnik wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej ustalony w ustawie budżetowej na dany rok budżetowy.
2. Wydatki budżetu państwa planowane na finansowanie działalności uczelni publicznych, w części niedotyczącej wynagrodzeń waloryzowane są corocznie, co najmniej o średnioroczny wskaźnik wzrostu cen towarów i usług ustalony w ustawie budżetowej na dany rok budżetowy.

——————————————————————————————–
Materiał udostępniany na zasadach licencji

Creative Commons 2.5
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne
-Na tych samych warunkach 2.5 Polska

——————————————————————————————–

Leave your response!

You must be logged in to post a comment.