Adam Gadomski – Świat „giełdowych” indeksów nauki światowej i polskiej
Adam Gadomski
Świat „giełdowych” indeksów nauki światowej i polskiej
Zwykłemu szaremu obywatelowi naszego kraju nie musi być wiadome, że kilka literek alfabetu łacińskiego, np. G, H, czy też przypadkowa z pozoru zbitka liter SCI (jak pierwsze znaki tablicy rejestracyjnej: Śląsk, Cieszyn) przewracają często do góry nogami czyjeś marzenia i wysiłki.
Jak to zapyta ktoś: Czy to jest możliwe? Bardziej uważny obserwator bieżącej rzeczywistości spróbuje podać odpowiedź: A może to troszkę tak, jak np. indeks giełdowy, WIG czy też WIG-20, „obnażający” notowania spółek giełdowych, zmienia naszą obecną liberalno-demokratyczną, a nade wszystko ekonomiczną, rzeczywistość?
Udzielający odpowiedzi będzie mieć rację. Nauka współczesna, ciągle jeszcze nie cała na szczęście, ale np. fizyka, nauki matematyczno-przyrodnicze, medyczne oraz inżynieryjno-techniczne, powoli zamienią się w mega-strukturę zorganizowaną i zarządzaną na sposób ekonomiczno-produkcyjny.
Trendem tym powiało już dobrych kilka lat temu z Zachodu; prekursorem bibliometrycznych, skutkujących w wyższym bądź niższym finansowaniu, ewaluacji w nauce i badaniach są Stany Zjednoczone Ameryki, lider badań naukowych w skali światowej. Cel proponowanych za pomocą wykorzystania komercyjnego serwisu firmy ISI/Thomson, oferującego bazę danych publikacyjnych WOS (Web of Science), z tzw. indeksem cytowań (tu: udokumentowanych i skatalogowanych odniesień do opublikowanych artykułów) naukowych o nazwie Science Citation Index (SCI), był dobrze określony [1]. Chodziło o dokonanie rzetelnego pomiaru bibliometrycznego, często niejednoznacznych i subiektywnych w sferze oceny, osiągnięć naukowych, będących udziałem poszczególnych jednostek, tj. naukowców, jak również mniejszych (np., w naukach matematycznych) bądź większych (np., w fizyce jądrowej bądź cząstek elementarnych) zespołów badawczych.
Badania naukowe, w szczególności te o charakterze nie-utylitarnym, zawsze podlegały w nauce dość subiektywnym ocenom. Jeśli chodzi o poziom badań przeprowadzanych przez pojedynczego badacza naukowego, powiedzmy poziom badań doktorskich, to często w przeszłości, zapewne nie tylko w naszym kraju, mogła decydować ranga ośrodka oraz nazwisko promotora. Mniej liczył się wówczas pomysł, a przypuszczalnie jeszcze mniej jego realizacja. Ważny natomiast bywał dobór recenzentów i właściwe odnoszenie się do odpowiednich źródeł literaturowych. Niewątpliwie takie doktoraty nie przysparzały splendoru polskiej nauce. Również habilitacje, choć oferujące oryginalność i na ogół wyższy niż doktorat walor naukowego opracowania, nie mogły zasadniczo odbiegać, poza pewnymi wyjątkami, od proponowanego, np. w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych (będących czasowym udziałem autora tej wypowiedzi), sposobu uprawiania i realizacji naukowej polityki, bo polityka w nauce była zawsze jak w życiu! (Nie wspomina się tutaj o sposobie przyznawania tytułu naukowego, chętnie, acz przekornie, zostawiając wypełnienie tej luki członkom ówczesnych gremiów decyzyjnych Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów Naukowych w Warszawie.)
Na poziomie badań prowadzonych przez zespoły badawcze sytuacja nie różniła się zasadniczo od tej opisanej dla … indywidualnych podmiotów bądź „klientów” nauki. Zmieniał się jedynie, i aż, cel i wielkość przyznawanej bądź nie przyznawanej dotacji finansowej, występującej bardzo współcześnie pod pieszczotliwą nazwą grantu naukowo-badawczego, w odróżnieniu od grantów promotorskich i habilitacyjnych, dotyczących zapotrzebowań indywidualnych, a nie zbiorowych. W przeszłości sprzed Okrągłego Stołu, trwającej nieco dłużej, bo z gruba do połowy lat dziewięćdziesiątych, były to tzw. centralne programy badań, np. podstawowych. Później zaczęły pojawiać się granty KBN (Komitetu Badań Naukowych) by około początku nowego tysiąclecia stać się ostatecznie grantami ministerialnymi, proponowanymi przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Istnieje jednak wręcz fundamentalna różnica w sposobie przyznawania bądź zatwierdzania doktoratów, habilitacji, etc., jak również finansowania badań naukowych w chwili obecnej. Opiera się ona na używaniu, a czasami nadużywania, przez recenzentów oraz gremia opiniotwórcze, właśnie owych kilku liter alfabetu łacińskiego: G, H bądź skrót SCI. Jest to zjawisko powszechne w tzw. nauce zachodniej [1], staje się również coraz bardziej powszechne w nauce polskiej [2].
Indeks G, wprowadzony bardzo współcześnie, bo w roku 2006 przez L. Egge jako alternatywa do starszego o rok indeksu Hirscha H, oznacza pewną ilościową i wybiórczo skonstruowaną miarę naukowej płodności i skuteczności. Mówi on mniej więcej, że jeśli dany jest zbiór artykułów, ustawionych w porządku malejącym liczby ich cytowań (odniesień literaturowych), to właśnie ów indeks-liczba G jest największą (jedno-jednoznaczną) miarą taką, że gdy wybrana z góry ze zbioru ww. artykułów, to osiąga w sensie wartości średniej wartość co najmniej równą G. Indeks H, z kolei, jest przypisywany naukowcowi, którego H artykułów wybranych ze zbioru N artykułów jego (współ)autorstwa, spełnia kryterium, że każdy ma przynajmniej H odniesień literaturowych, zaś N-H artykułów ma co najwyżej H odniesień każdy [1]. Są to panujące powszechnie we współczesnej nauce miary, zarówno indywidualne (pojedynczy indeks H), jak i zespołowe (średni arytmetyczny indeks H i jego odchylenie standardowe), rzekomo świadczące o randze i bardziej obiektywnie ujętej naukowej produktywności jednostki/grupy, mieszczącej się w tzw. naukowej rzeczywistości, z wykorzystaniem komercyjnych baz danych [3], katalogujących osiągnięcia naukowe, w tym przede wszystkim artykuły w czasopismach z tzw. listy filadelfijskiej [2,1].
Określenie ‘rzekomo świadczące’ jest tu z pewnością na miejscu. Mankamenty obu wymienionych (oraz innych [1,2], jak osławiony współczynnik wpływu – ang., impact factor, IF [4]) miar naukowej płodności, wypadającej bardzo różnie w różnych dziedzinach nauki, jeśli o wartości liczbowe chodzi [2], są powszechnie znane.
Tzw. przepis na szczęście – ale czy o to wyłącznie chodzi ? – by sukcesem uwieńczyć starania o uzyskanie stopnia bądź tytułu, bądź też, by otrzymać ministerialną (lub inną) dotację na badania naukowe, rysuje się dość jasno w kontekście kilku- kilkunastoletnich doświadczeń konfrontacyjnych nauki polskiej z proponowaną bibliometrią zewnętrzną [1].
Po pierwsze, staraj się nigdy nie publikować swoich artykułów z czasopismach spoza listy filadelfijskiej [2] – stracisz czas i energię, a być może, również wartościowy materiał.
Po drugie, unikaj publikowania indywidualnego bądź w tak zwanym małym, jeszcze nierozpoznanym przez światową naukę kręgu, powiedzmy uszczypliwie, wzajemnej adoracji (merytoryczno-tematycznej). Staraj się stowarzyszyć swój wysiłek naukowy z poważnymi grupami badawczymi, mającymi wyraźnie określony wpływ na … walor merytoryczny publikacji jako takich w danej dziedzinie nauki; np., w realiach krajowej fizyki lepiej jest wyjechać na dłużej zagranicę do dobrego ośrodka (to takie oczywiste!?) aniżeli próbować robić coś ambitnie w kraju, no może za małym wyjątkiem kilku najlepszych krajowych ośrodków, a raczej funkcjonujących w nich płodnych grupek naukowo-badawczych, opierających z reguły swój research o inny, większy naukowy ośrodek za granicą – tutaj krąg się zamyka, da capo al fine rzec by się chciało …
Po trzecie, jeśli wybrałeś już czasopismo z listy, zwróć uwagę jaka jest jego polityka wydawnicza – czy nie poproszą cię np. podczas robienia „szczotki” drukarskiej, w nowszej e-wersji tzw. proofs, abyś nie zacytował odpowiednią liczbę artykułów dokładnie z czasopisma, w którym publikujesz – to ostatnio dość często stosowany przypadek (należy powoli skłaniać się ku sporządzeniu czarnej listy?), jak również i to, że recenzenci coraz częściej jednoznacznie sugerują, że coś jeszcze na liście piśmienniczej artykułu brakuje, podając od razu gotowe rozwiązania …
Po czwarte, nie pisz nigdy książek, nawet jak stałeś się uznanym w swojej „działce” fachmanem: Baza danych typu SCI [1,3] nigdy nie wyłapie, ani też dobrze nie sklasyfikuje takiego „prozaicznego” faktu!
Po piąte, nie próbuj nawet pisać rozdziału do książki nawet gdyby to miało się zmaterializować w bardzo zacnym współ-autorskim zespole, z udziałem światowej klasy redaktorów wydania: To się po prostu wg indeksacji G, H, ani żadnej innej z wymienionych, nie liczy.
Cenione w naukach technicznych patenty, po szóste, ulegają dewaluacji z tych samych powodów co wyżej! Wchodź w ‘ten interes’ tylko wtedy, gdy otrzymasz wyraźne polecenie ze strony szefa zespołu naukowo-badawczego, albo gdy … spala cię ambicja by … mieć patent, tj. może chcieć na nim zarobić – tu jednak wykraczamy poza sferę nauki, choć czy aby na pewno?!
Po siódme, wreszcie, warto zwrócić baczną uwagę na preferencje panujące w danej, naukowej dyscyplinie. Np. w fizyce, choć liczą się indeksy G bądź H, właściwie chętnie wymieniany bywa ten ostatni (np., w postępowaniu o nadanie tytułu profesora), to – wydaje się – iż bardziej liczą się dwie inne literki alfabetu (wyłącznie razem wzięte!), mianowicie IF (powtarzam: impact factor [2]). Paradoksalną rzeczą jest, iż fizyka jako taka nie posiada en mass, poza nielicznymi wyjątkami typu sekcje przeglądowe czasopism fizycznych (Reviews of Modern Physics; Physics Reports) bądź jedyna „mocna” sekcja listów Amerykańskiego Towarzystwa Fizycznego, Physical Review Letters), bardzo wielu mocnych IF-em czasopism, a te ważniejsze o charakterze ‘fizycznie niemieszalnym’, jak np. Physical Reviews, sekcje B czy E bądź też European Physical Journal (sekcja E; a także sekcja listów, tzw. EPL) osiągają obecnie IF<3, czyli stosunkowo niewiele;„skombinowany” jako mariaż fizyki z chemią Journal of Chemical Physics ma już IF istotnie większy od 3. Kudy im tam jednak do Nature i Science, które mają IF bliski 20 (i tam „pchają się” niejednokrotnie fizycy by coś opublikować – czasami się nawet udaje!), z tym, że po podziale na sekcje, nie wszystkie sekcje Nature mają tak wysoki IF, np. powstała całkiem niedawno sekcja Nature-Physics ciągle pracuje na swój coraz wyższy IF! Ciekawostką jest, iż nie jest ona, bądź do niedawna nie była uwzględniona na należnym jej wysokim poziomie/miejscu na zawsze niedoskonałej liście ministerialnej, por. [4] i wzmiankowane tamże informacje o czasopiśmie chemicznym Polimery, jako przykład rodzimej adaptacji do panujących na rynku nauki warunków.
Można by wymieniać jeszcze wiele powodów dla których istniejące klasyfikacje są wielce niedoskonałe. Pragmatycy ocen, liderzy ewaluacji i frontmeni polityki przyznawania dotacji ferują jednak swoisty wyrok typu: „ale są, istnieją (te indeksacje)” bądź „można ich użyć jako jednoznacznego, choć może niesprawiedliwego, kryterium ewaluacji naukowych dokonań”! Takie naukowo-prawnicze: dura lex, set lex! Smutna i szara naukowa rzeczywistość, rzeczywistość z udziałem nauki światowej, przy skromnym, acz wyraźnym, cząstkowym udziale nauki polskiej, która jest przecież niestety – taki dowód nie-wprost – integralną częścią nauki światowej!
Jest to bolesne doświadczenie, wybrukowane opóźnionymi bądź nieurzeczywistnionymi doktoratami, odrzuconymi na skutek przebicia się jednej, dwóch uwikłanych IF-wo recenzji pracy habilitacyjnej, ba, całkiem wielu takich „słabych” prac, „poskromionej w porę” „niedojrzałej” profesury (tytularnej; a może również tej przypisanej do stanowiska uczelnianego, np. profesora zwyczajnego, bo w tym przypadku kryterium musi być ostre i „niby niekolesiowskie”?).
Jest to również doświadczenie krytyczne dla wielu, całkiem wielu, grup badawczych, które (prawie) nigdy nie mogą przebić się przez pewne sita oceny grantowej, choć często brakuje im tak niewiele. Cóż, bywają karcone za to, że nie znają dobrze znaczenia pewnych „biblijnych” liter alfabetu, w kolejności” C, F, G, H, I, S; trzeba być bystrym – przecież wystarczy znać je we właściwym kontekście i w prawidłowych dwu- czy trzy-literowych zbitkach by, jak memento, sterowały i kierowały każdym naszym krokiem … Ale czy daleko w ten sposób zajdziemy? Innym, nie podjętym w tej wypowiedzi wątkiem tematycznym jawi się w sposób naturalny pytanie: Jak zmienić idącą w niewłaściwym kierunku naukową rzeczywistość i czy w ogóle da się to zrobić?
(Autor tego tekstu serdecznie przeprasza z góry wszystkich tych, którzy w sposób wynikający wyłącznie z wykorzystania ich talentu i umiejętności merytorycznych, a bez użycia w nadmiarze możliwości natury organizacyjno-politycznej, stworzonej przez współczesną naukę, uzyskali dorobek naukowy zawierający liczne publikacje z wysokim IF, skutkującym we właściwej perspektywie czasowej wskaźnikiem H istotnie większym od 10. Autor pragnie również zaznaczyć, iż prezentowana analiza nie wynika jednoznacznie z osobistych, a w żadnym wypadku negatywnych osobistych, jego doświadczeń na niwie owego new deal w nauce światowej i rodzimej. Analiza ta jest bardziej skutkiem obserwacji negatywnego zjawiska i wynika z chęci podzielenia się tym spostrzeżeniem z chcącym coś dobrego w tej sprawie uczynić otoczeniem.)
prof. dr hab. Adam Gadomski
Zakład Modelowania Procesów Fizykochemicznych,
Instytut Matematyki i Fizyki, Uniwersytet Technologiczno-Przyrodniczy w Bydgoszczy;
Literatura
[1] F. Laloë, R. Mosser, Europhysics News 40/5 (2009) 27-29.
[2] A.K. Wróblewski, Materiał internetowy
(dostępny w sieci w dniu 17.12.2009).
[3] L.Derfert-Wolf, Materiał internetowy na wortalu Wiedza i Edukacja, pod red. A. Gadomskiego
http://wiedzaiedukacja.eu/archives/27669
(dostępny w sieci w dniu 17.12.2009).
[4] G. Racki, „Dwuznaczny urok listy czasopism punktowanych”, por.
http://www.ebib.info/publikacje/matkonf/mat19/racki.php
(dostępny w sieci w dniu 17.12.2009).



















Leave your response!
You must be logged in to post a comment.