Home » Artykuły, Kulturoznawstwo

Zbigniew Bauer – Jakie byłoby polskie dziennikarstwo, gdyby nie było Ryszarda Kapuścińskiego?

30 listopada 2008 No Comment

Zbigniew Bauer
Jakie byłoby polskie dziennikarstwo, gdyby nie było Ryszarda Kapuścińskiego?*

W kilka dni po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego Paweł Smoleński opublikował w „Gazecie Wyborczej” piękny, smutny tekst o swoim Mistrzu [Smoleński 2007]. Smutny, bowiem miał się ukazać jako prezent na 75. urodziny autora Cesarza. Ukazał się wcześniej, z innego powodu. Smoleński pisał:
„Nie spotkałem ani jednego rasowego reportera buszującego w dziwnych i odległych miejscach świata, który nie znałby twórczości Kapuścińskiego. Nieważne, czy w Gazie, w Bagdadzie lub w Kurdystanie. Nieważne, czy był to Hiszpan, Francuz, Amerykanka, Niemka, a może Kolumbijczyk.
W naszej pracy nie wypada jeździć po świecie bez jego książek. Są one także, zgódźmy się, swoistym elementarzem dla każdego reportera opisującego gorące miejsca i czas przełomu, pierwszą czytanką czy wręcz poradnikiem, jak radzić sobie tam, gdzie wszystko polega na zmianie”.

To prawda: pozycja Ryszarda Kapuścińskiego w literaturze światowej i w środowiskach tworzonych przez ludzi światowych mediów nie ulega wątpliwości, chociaż – jak zazwyczaj bywa wtedy, gdy wielki człowiek opuści już ten świat – pojawiają się także głosy krytyczne. W przypadku Kapuścińskiego są to np. głosy wątpiących w autentyczność rzeczy, ludzi, sytuacji, które w swoich książkach przedstawiał jako „poświadczone sobą”. Ton polemiki z Kapuścińskiego wizją postsowieckiej Rosji słychać choćby w – skądinąd znakomitych – książkach Mariusza Wilka (Dziennik Północny czy Wołoka). To dobrze, jak sądzę, że są i krytycy tego dzieła, dziś ostatecznie zamkniętego, bowiem nie byłoby nic gorszego, niż zamknięcie go w pozłacanej gablocie i oddawanie mu hołdu. Na dodatek – dyskusje takie przynoszą spory pożytek samemu dziennikarstwu – i polskiemu, i światowemu. Spieramy się bowiem o literaturę najwyższej próby, rzeczy wyrosłe z ogromnego doświadczenia, równie wielkiej pasji i zdolności pojmowania świata w całym jego skomplikowanym, a jednocześnie chaotycznym, spazmatycznym wręcz trwaniu. Spieramy się też o etykę zawodów dziennikarza i pisarza, poważnie zagrożoną w epoce „newsowego” i skrajnie skomercjalizowanego ich uprawiania.

Wśród okolicznościowych wypowiedzi, po śmierci Kapuścińskiego, zabrzmiał także głos poety, Tomasza Jastruna, który stwierdzał z bólem, że miejsce po autorze Imperium nie będzie rychło zajęte przez kogoś innego, młodszego. Mówił Jastrun o odchodzeniu ostatnich autorytetów w kraju, któremu brakuje autorytetów: „Brak ich, bo nie mamy poczucia, że w ich miejsce wchodzą nowi; nie ma zastępstwa pokoleń” [Gzell 2007]. Idąc tym tropem, można zadać pytanie: czy pisarstwo Kapuścińskiego było w Polsce fenomenem? Można także spytać: co polskie dziennikarstwo zawdzięcza Kapuścińskiemu? Co Kapuściński zawdzięczał polskiemu dziennikarstwu, owej sławnej, choć jak się dziś wydaje, mocno przecenionej, „polskiej szkole reportażu”? I wreszcie można postawić pytanie, zawarte w tytule tego referatu: jakie byłoby polskie dziennikarstwo, gdyby nie było Ryszarda Kapuścińskiego?
W świadomości polskiego czytelnika – gdy tylko spytać go o reportaż – pojawiają się zaledwie dwa nazwiska: Kapuścińskiego i Hanny Krall. Studenci, zainteresowani literaturą faktu, tylko o tych dwojgu chcą pisać prace magisterskie. Gdy sugeruję im, by zajęli się młodszym pokoleniem reportażystów, choćby Jackiem-Hugo Baderem, Wojciechem Tochmanem, Mariuszem Szczygłem, Wojciechem Jagielskim, Adamem Leszczyńskim, Beatą Pawlak – ich entuzjazm gaśnie. Jest jeszcze gorzej, gdy omawiając tzw. polską szkołę reportażu wymieniam nazwiska ludzi takich jak Józef Kuśmierek, Jerzy Ambroziewicz, Wojciech Adamiecki, Wojciech Giełżyński, Stefan Kozicki, Aleksander Rowiński, Janusz Rolicki (znają go głównie z telewizji i „Faktu”), Anna Strońska, Jacek Stwora, Janusz Roszko, Małgorzata Szejnert, Stefan Bratkowski, Wiesław Górnicki (to dla dwudziestoparoletnich adeptów dziennikarstwa co najwyżej oficer z kręgu gen. Jaruzelskiego), Kazimierz Dziewanowski, Aleksander Małachowski, Teresa Torańska (kojarzy im się, i to rzadko, z wywiadami publikowanymi w książkach i prasie), patrzą na mnie jak na kogoś z innej planety. Jest jeszcze gorzej, gdy przychodzi im wypowiedzieć – poza obiegowymi frazesami – parę sensownych zdań o Ksawerym Pruszyńskim czy Melchiorze Wańkowiczu; o Konradzie Wrzosie. O Franciszku Gilu czy Aleksandrze Jancie-Połczyńskim nawet nie wspominam.

A przecież po to, by zrozumieć istotę pisarstwa Ryszarda Kapuścińskiego trzeba znać twórczość i Pruszyńskiego, i Wańkowicza, i Wrzosa – choćby tylko dlatego, że autor Podróży z Herodotem wielokrotnie na nich wskazywał jako na własnych mistrzów (nawet jeśli nie we wszystkim ich naśladował i nie na wszystko się godził). Nie można także odrywać tego pisarstwa od tego, co robili w swoim czasie reporterzy kręgu „Sztandaru Młodych”, „Po prostu”, „Nowej Kultury”, potem „Polityki”, warszawskiej „Kultury”, „Literatury”. Kapuściński należał do tego kręgu dziennikarzy; z większością dzielił doświadczenia biograficzne (twórcy i „ojcowie założyciele” polskiej szkoły reportażu to ludzie urodzeni przeważnie w końcu lat 20. i w początkach lat 30. ubiegłego stulecia). Poddawany był podobnym ciśnieniom ze strony władzy, cenzury; widział takie same, co oni, absurdy systemu i podobne miał wrażenia, gdy chodzi o życie codzienne w PRL. Zapewne – polska szkoła reportażu nie powstałaby i nie byłaby taka, jaką się stała, gdyby nie doświadczenie Października ’56, gdyby nie to, co stało się w Budapeszcie, gdyby nie krótka, ale obfitująca w dramatyzm epopeja „Po prostu”. To właśnie wtedy rodziło się nowe dziennikarstwo, nowy model reportażu i nowy wizerunek reportera, niezależnie, w którą stronę poszli poszczególni ludzie i jak daleko od siebie odeszli. Niezależnie również od tego, jak krótka była dziennikarska przygoda z popaździernikową wolnością.
Oceniając wysoko znaczenie literatury faktu w Polsce mamy na ogół nieco skrzywioną perspektywę. Mówimy bowiem o sytuacji, jaka ukształtowała się w połowie lat 70. poprzedniego stulecia. Istotnie – reportaż osiągnął wówczas apogeum swojego powodzenia, m.in. za sprawą Krystyny Goldbergowej, która dziś jest postacią niesłusznie zapomnianą, a która nie tylko była znakomitym redaktorem reporterskich książek wydawanych w „Iskrach”. Była także niestrudzoną promotorką literatury tego typu ukazującej się i w innych oficynach. Trudno dziś zgodzić się z takim oto zdaniem, które w tamtych latach wypowiadano dość często: „Przyszłością literatury jest reportaż i literatura faktu”. Było to, świadome bądź nie, nawiązanie do lat 30. XX wieku, kiedy to i w Europie, i w Ameryce wieszczono nieuchronny koniec literatury fabularnej i klasycznej powieściowej narracji. Nic takiego się nie stało, jednak jest rzeczą znaczącą, iż czterdzieści lat później w Polsce również sądzono, że reportaż zastąpi klasyczną powieść. To właśnie wtedy narodziła się wyspecjalizowana krytyka reportażu; w Białymstoku – a więc na literackiej prowincji – za sprawą inicjatywy Klemensa Krzyżagórskiego mizerny, lokalny miesięcznik „Kontrasty” przekształcił się w ogólnopolskie pismo reporterskie, z którym współpracowali najwybitniejsi autorzy literatury faktu. Nie mogę nie wspomnieć o randze konkursu na reportaż im. Jana Polewki organizowanego przez „Gazetę Południową” (od 1980 ponownie „Krakowską”). Wśród laureatów tego konkursu można znaleźć najgłośniejsze postaci związane z reportażem. Ukazało się co najmniej kilkanaście antologii reportażu i wielka liczba książek autorskich.

Świadczy to, jak sądzę o tym, że reportaż – gatunek od chwili swoich narodzin związany z mediami (pierwotnie z prasą, potem mediami elektronicznymi) – został z tego medialnego środowiska „wyjęty”, wprowadzony do obiegu książkowego i potraktowany na równi z gatunkami stricte literackimi. Modyfikowało to z jednej strony styl odbioru reportażu, z drugiej – w istotny sposób zmieniało sposób myślenia samych reporterów o samym tekście, o jego konstrukcji, o obrazowaniu, budowie postaci, a nawet wyborze tematu. Jest swoistym paradoksem, że wśród nagradzanych w konkursie im. Polewki utworów znajdowały się reportaże wyraźnie interwencyjne, a więc stojące w jaskrawej sprzeczności z regulaminem konkursowym, który zakładał, że nadsyłane prace nigdy wcześniej nie były publikowane. Reportaż pisano „na konkurs”, pisano także z myślą o publikacji w książce: nie była to twórczość dla mediów, o funkcji ściśle informacyjnej czy interwencyjnej. Tak narodził się mylący termin „reportaż literacki”. Spory o ten termin trwały przez dobrych kilkanaście lat, a znaczącą rolę w tym sporze odegrała publikacja dwóch opasłych tomów Karafki La Fontaine’a Melchiora Wańkowicza (1972). To także był chyba moment, w którym narodziła się pogłębiona autorefleksja samych reporterów: własnym warsztacie, specyfice gatunku, jaki uprawiają, o samym zawodzie dziennikarza czy „robotnika medialnego” – a ta ostatnia była szczególnie trudna do wyrażenia drukiem w warunkach monopolu partyjnego na media.

Nie chcę wcale powiedzieć, że wcześniej nie powstawały wartościowe książki reporterskie –wszak początek lat 60. to czas debiutu książkowego Kapuścińskiego (Busz po polsku, 1962). Nie cieszyły się one jednak szczególnym wzięciem czytelników. Sam Kapuściński wspominał [Kapuściński 2006, 102]:
„Przez dłuższy czas moje wczesne książki nie były czytane i bardzo z tego powodu cierpiałem, było mi smutno i czułem się rozżalony. Moją pierwszą książkę wydano w 1962 roku, kiedy żyłem i pracowałem w Afryce. Od czasu do czasu wracałem i widziałem, jak moje książki leżą niesprzedane w księgarniach, co zawsze było w Polsce złym znakiem. Znajomi mówili: Powinieneś więcej pisać o tym, co dzieje się tutaj, w taki a taki sposób. – Ale odmawiałem. Ludzie pytali, dlaczego nie piszę o Polsce – chociaż ja zawsze pisałem o Polsce! Zawsze to robiłem, ale oczywiście nie w sensie dosłownym czy w otwarty sposób. Byłem przekonany, że nadejdzie taki czas, kiedy ludzie będą czytać moje książki, i to na moich warunkach. Starałem się powiedzieć, że to, co działo się tam, było ważne dla ludzi tutaj, a czytelnicy powinni te powiązania zrozumieć. […] Byli tacy, co radzili mi, bym pisał bardziej sensacyjnie, przygodowo, to wtedy będą kupować. Odrzucałem te propozycje, bo chciałem pisać tak, jak piszę, i wierzyłem, że przyjdzie moment, gdy znajdą się czytelnicy, którzy to przeczytają, kiedyś docenią i uznają ten typ literatury.
Wiedziałem, że to, co piszę – to nowy typ literatury, który nie pasuje do klasycznego reportażu ani do klasycznych opowiadań. Wiedziałem, że jest to inny typ pisarstwa, do którego czytelnik nie jest przygotowany, że on nie będzie tego akceptował, bo każda nowość jest trudna do przyjęcia. Zdawałem sobie sprawę, że muszę czekać.”

Pytany o to, kiedy jego książki zostały w końcu docenione, Kapuściński odpowiedział: „W połowie lat siedemdziesiątych, a więc czekałem na ten moment prawie dwadzieścia lat, nie odstępując od zasady, by kontynuować swój styl pisania. Nie chodzi tylko o to, że czekałem, ale jednocześnie bardzo biedowałem. Nie chciałem ustąpić, pójść na chałturę, pisać dla pieniędzy, chciałem, żeby było drukowane to, co napisałem” [Kapuciński 2006, 103].
Jakie książki czekały na docenienie? Czarne gwiazdy (1965), rzecz nie końca przemyślana i skomponowana; Kirgiz schodzi z konia (1968) – tom powstały jako plon podróży do ZSRR (podobne wyjazdy były poniekąd rytuałem i uczestniczyli w nich liczni polscy dziennikarze, niektórzy z nich zostawali korespondentami w tym kraju, jak np. H. Krall); Gdyby cała Afryka (1969) – pierwszy w polskiej literaturze zbiór analitycznych reportaży o Czarnym Lądzie; Dlaczego zginął Karl von Spretti (1970) – najmniej znana i trudno osiągalna książka Kapuścińskiego stanowiąca polemikę z medialnym wizerunkiem zamachu na zachodnioniemieckiego ambasadora w Gwatemali (tu chyba zaczyna się refleksja o roli mediów we współczesnym świecie, o medialnej manipulacji i o cynicznym wykorzystywaniu w niej niewiedzy obywateli Zachodu o sytuacji w Trzecim Świecie).
I potem następuje przyśpieszenie: pojawiają się Chrystus z karabinem na ramieniu (1972), Jeszcze dzień życia (1976), Wojna futbolowa (1978). Dwie ostatnie książki ukazały się po raz pierwszy za granicą w przekładach na hiszpański, w Meksyku, odpowiednio w 1977 i 1980 roku. Nie wyliczam tu takiej kolejności publikacji kolejnych tomów reporterskich Kapuścińskiego bez konkretnego celu: chcę postawić tezę, że wzrost popularności Kapuścińskiego – korespondenta relacjonującego rewolucje i guerille z Bliskiego Wschodu, Afryki, a zwłaszcza Ameryki Łacińskiej wpisywała się w klimat lat siedemdziesiątych. Było w nim zainteresowanie ruchami wolnościowymi w Trzecim Świecie stanowiące materializację ogólnych wyobrażeń młodych ludzi o wolności, o alternatywnym stylu życia, o nieposłuszeństwie wobec stabilnych systemów państwowych, politycznych, ekonomicznych i medialnych. To czas kontrkultury – czas, w którym ludzie wiązani dziś ze środowiskami prawicowymi, bez oporu wieszali sobie nad łóżkami w akademikach plakaty z Che Guevarą, wcale nie mając nic przeciwko młodym ludziom w Angoli, Gwatemali, Hondurasie czy Salwadorze, że z pistoletami maszynowymi wyruszają przeciwko swoim prawicowym, niekiedy wręcz faszyzującym przywódcom. Przy okazji wznowienia Chrystusa z karabinem na ramieniu – tomu dość pochopnie zapomnianego w Polsce po 1989 roku – recenzent pisze:
„Z doświadczeń pracy reportera w Trzecim Świecie Kapuściński wcześnie wyciągnął wniosek, że oglądanie świata przez okulary zimnowojennego podziału Wschód-Zachód, komunizm-kapitalizm zaciemnia obraz, miast go rozjaśniać. Ważniejsza i akuratniejsza była dlań perspektywa Północ-Południe; podział na świat dostatni i świat nędzy, wykluczenia oraz wszystkie tego podziału konsekwencje.
Sądzę, że przede wszystkim dlatego nigdy nie podzielał entuzjazmu dla kapitalizmu, współczesnych pomysłów »szerzenia demokracji« wśród »dzikich«. Ameryki-imperium, do której tak wielu w Polsce wzdycha z miłością słabo odwzajemnianą. Jako reporter w krajach Trzeciego Świata zbyt wiele widział.”[Domosławski 2007]

Zauważmy: w tych samych latach ukazały się – skądinąd znakomite – zbiory reportaży Kazimierza Dziewanowskiego z Bliskiego Wschodu (Księga zdziwień, Złoto piasków), nie budząc takiego zainteresowania, jak kolejne tomy Kapuścińskiego. Warto zwrócić uwagę, że w 1977 roku Jacek Kalabiński wydaje zbiór eseistycznych reportaży Iran nowe mocarstwo? w sumie dość pochlebny dla szacha Iranu i jego rządów. Już pięć lat później ukazuje się Szachinszach będący niemal negatywem książki Kalabińskiego. Nieco wcześniej Wiesław Górnicki publikuje Bambusową klepsydrę (1980) – pierwszy chyba w Polsce tak wstrząsający obraz reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży.
Nie jest prawdziwe wrażenie, że po świecie w latach 60. i 70. jako polski korespondent jeździł jedynie Kapuściński; literatura – nazwijmy ją tak umownie – podróżnicza ma w Polsce długą i piękną tradycję i po 1945 roku uprawiano ją często i chętnie. Jasne, że reportaż podróżniczy w PRL był poddawany podobnym ciśnieniom ideologicznym i takiej samej cenzurze co reportaż krajowy, zaś wysłannikom agencji i redakcji stawiano wyraźne zadania polityczne. Określał je typ stosunków, jakie władze polskie utrzymywały z danym krajem czy regionem, co było w przypadku państw i ludów odległych pochodną wytycznych płynących z Moskwy. Anegdoty opowiadają, że polscy dziennikarze chcąc napisać tekst o jakimś zdarzeniu czy człowieku, zmuszali wysłannika TASS, by wysłał do swojej centrali podobną korespondencję – nawet jeśliby nie miała być wykorzystana. Wystarczyło, że znalazła się w biuletynie agencji radzieckiej, by w Warszawie uznawano ideologiczną poprawność depesz Polaków.
A jednak żaden z tomów reportaży zagranicznych, wydanych przez reporterów z pokolenia Kapuścińskiego nie wzbudził aż takiego zainteresowania, co książki autora Cesarza. Jest to zdumiewające zwłaszcza w przypadku pisarstwa Górnickiego – autora posługującego się znakomitą polszczyzną, obdarzonego świetną umiejętnością obrazowania (co udowodniła wspomniana Bambusowa klepsydra). Co stanowiło zasadniczą różnicę? Co zdecydowało o wyjątkowości tego reportażu?

Sądzę, że ową zasadniczą różnicą był sposób myślenia o sobie jako o dziennikarzu i o roli korespondenta zagranicznego. To, co Kapuściński dał polskiemu reportażowi – i to zarówno krajowemu, jak zagranicznemu – to przedkładanie ciekawości świata nad obowiązek, służbę konkretnemu medium czy zadaniom, jakie wyznaczyły instytucje wysyłające reportera w podróż, niekiedy bardzo kosztowną. To jasne, że początkowo było to trudne do pogodzenia. Zrealizować ciekawość świata – to wtopić się weń, pozostać anonimowym, człowiekiem z tłumu. W Afryce jest to zupełnie niemożliwe: pozycja Białego to zawsze pozycja Obcego. Traktowanego raz z pokorą czyli tak, jak wynikało to z kolonialnej tradycji. Ale ta pokora mogła się równie dobrze przeobrazić we wrogość – jawną lub skrywaną, co także jest spadkiem po kolonialnych czasach. Mogła także zamienić w wyższość lub w drwinę. Albo przeciwnie – w sympatię i akceptację. Afrykanie nie znają historii Europy, nazwa „Polska” z reguły mówiła im niewiele. Biały jest zawsze utożsamiany z Anglikiem, Francuzem, Amerykaninem lub Niemcem – a to decyduje niekiedy o wszystkim. Korespondent agencyjny nie ma czasu, by przyjąć postawę pracującego w terenie antropologa czy etnografa, jeśli jednak utożsami się bez reszty z rolą korespondenta – jego praca stanie się po jakimś czasie zwyczajnym wypełnianiem urzędniczego obowiązku. Ryszard Frelek, pierwszy korespondent PRL w Indiach, wspomina:

„Po dwóch miesiącach powiedzieli mi w ambasadzie, że przyjedzie dziennikarz ze »Sztandaru Młodych«. Wyjechałem po Rysia na lotnisko. Miał przy sobie książkę Herodota i angielskie wydanie Komu bije dzwon. Dwa tygodnie buszowaliśmy po New Delhi, a on niepokoił się, że nie ma materiału. Nadeszła pora zimowa, na targu kupiliśmy mu czapę i chałat z wielobarwnej wełny. Ruszył gdzieś autobusem, rozklekotanym, zatłoczonym, jedyny biały – i zniknął.
Po czterech tygodniach wpada strażnik naszego budynku: „Chce się tu dostać jakiś Hindus, brudny i oberwany, i powołuje się na pana”. To był Rysio. Po drodze kupił sobie jeszcze pikowaną derkę, zwijał ją na dzień, rozwijał wieczorem, spał z Hindusami po szopach. Utożsamił się z Indiami” [Frelek 2007].

Sam Kapuściński mówi:

„Spotykałem w Afryce grupy reporterów, którzy nie robili nic, tylko od rana do wieczora łykali pigułki. Przeciw wszystkiemu: przeciw malarii, dyzenterii itd. Tak się nie da pracować. Chcąc poznać Afrykę, trzeba jeść i pić to samo, co jedzą i piją Afrykanie. Styl życia konsumentów pigułek uniemożliwia dowiedzenie się czegokolwiek o prawdziwym życiu. Dzisiaj korespondenci tworzą ogromną grupę, lecz wielu z nich wydaje się przynależeć do niej przez przypadek. […] Gdy mnie jakaś wieś przyjmuje, zasypiam spokojnie, bo nic mi się nie stanie. Tak długo, jak wszyscy tam będą żyć, ja też będę żył, i jest to uczucie, które daje wielki komfort. I nie dlatego, że się mnie boją. Bo dzisiaj to oni są gospodarzami, oni są panami sytuacji, przyjmują albo nie przejmują, wyrzucą albo nie wyrzucą, i to powoduje zupełnie inny typ wzajemnego układu. To ja muszę prosić, żeby mnie wpuścili do swojego kraju, a nie przyjeżdżam i zaczynam zarządzać. […] Do głowy by mi nie przyszło, żeby pójść do jakiejś afrykańskiej chaty i tam się mądrzyć – co oni mają zrobić, jak mi posłać, co mają mi dać do jedzenia. A widziałem ludzi, którzy właśnie tak postępowali, i wiedziałem, że już jutro ich tam nie będzie, więcej nic nie zrobią, muszą wyjechać. Bo jeśli chce się tam zostać, chce się coś zrobić, trzeba się dostosować, decydująca jest tu nieoparta na kalkulacji empatia. Albo się ją ma, albo nie”[Kapuściński 2006; 56,57,58].

Ale korespondent musi przesłać depeszę do kraju, który go delegował. To wymóg, który generuje pośpiech, pewną powierzchowność, skrótowość, eliminującą możliwość analizy i interpretacji widzianego świata. Okres najważniejszych podróży Kapuścińskiego, kiedy zbierał materiały do swoich książek, to zarazem czas, kiedy był dziennikarzem agencyjnym. To jedynie PAP miała fundusze (i tak mocno ograniczone), by wysyłać swoich ludzi w różne rejony świata. M.in. dlatego Kapuściński zrezygnował z pracy w „Polityce”, która takimi środkami nie dysponowała. To także okres, gdy nie było telefonów satelitarnych i połączonych z nimi laptopów. Sercem komunikacji z krajem był dalekopis i – niesłychanie rzadko – telefon. Obydwa media niesłychanie ograniczają wolność człowieka, fizycznie pętają go kablem. Na dodatek takie urządzenia znaleźć można było w instytucjach władzy w jakimś kraju (a ta władza mogła nie godzić się na dostęp do nich zagranicznego korespondenta) lub w luksusowych hotelach, których Kapuściński chciał unikać. Pojawiał się w ten sposób dylemat: czy być korespondentem, czy też zrezygnować z tej roli na rzecz empatycznego poznawania ludzi, kultury, atmosfery miejsca, gdzie się jest:

„Sytuacja, w której się znalazłem, miała w sobie pewną zasadniczą sprzeczność. Z jednej strony, podróżując z kraju do kraju, z kontynentu na kontynent – odkrywałam świat przebogaty, fascynujący, jeszcze wczoraj nie znany mi i nawet nie przeczuwany, a z drugiej – instrument przekazu, którym dysponowałam, a więc depesza prasowa, był z konieczności takim powierzchownym i płytkim skrótem, że gubiły się w nim całe bogactwo, inność i pełnia tamtego świata. Otóż właśnie z tego niedosytu, z poczucia ułomności i banału zacząłem pisać książki. […]W chwili, kiedy możesz napisać co najwyżej dwie strony, nie ma miejsca na bogactwo odcieni. Musisz skondensować wszystko w jednej obserwacji, w jednym zdaniu. Nie możesz sobie pozwolić na szczegóły, chyba że jesteś pisarzem. Jeśli jesteś dziennikarzem-pisarzem, możesz sobie pozwolić na całe bogactwo opinii i doświadczeń”[Kapuściński 2006, 30].

Kapuściński powiada wręcz, że wszystkie jego książki to zawsze „drugi tom” dyptyku: tom pierwszy to zalegające w PAP jego serwisy informacyjne z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Oczywiście – dotyczy to wczesnych tomów, których autor musiał dzielić swoje pisarstwo na to, przeznaczone dla mediów i to, które granice wyznaczane „medialnością” przekraczało.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden, istotny, jak sądzę składnik psychologicznej, mentalnej sytuacji polskiego reportera-korespondenta w tamtych czasach. Otwarcie się polskich mediów (a były to głównie gazety, czasopisma i w niewielkim jeszcze stopniu radio) następuje w chwili, gdy Polska po latach wyłączenia usiłuje zrzucić z siebie balast „prowincjonalności” i zaściankowości. Polski korespondent marzy głównie o wyjeździe na Zachód: tam bowiem, jak sądzono, dzieją się rzeczy najważniejsze. Dobrze być korespondentem w Waszyngtonie, Nowym Jorku (np. przy ONZ), Londynie, Paryżu – ostatecznie w Moskwie. I taki korespondent odreagowuje kompleksy „gorszego brata”: własne ubóstwo, „kanciastość” manier, kiepska znajomość języków (Kapuściński, jadąc po raz pierwszy do Indii także nie znał języka) krępują go i ograniczają. Chce na salony, chce do najbardziej elitarnych klubów, chce być taki sam, jak jego koledzy. To sytuacja opisana przez Mrożka w Monizie Clavier. Chce mieszkać w Ritzu czy Sheratonie, a nie podłym mieszkanku czy podrzędnym pensjonacie. Chce do elit – a nie do tzw. mas zwykłych zjadaczy chleba. I przez kolegów w kraju traktowany jest jak członek dziennikarskiej kasty uprzywilejowanej: z zazdrością, niekiedy niechęcią. Za granicą jest jednak nadal uboższym krewnym: odnoszą się do niego protekcjonalnie, a zainteresowanie związane jest z tym, że mają przed sobą kogoś, kto przybył spoza żelaznej kurtyny
Tam, gdzie jest, korespondent taki stara się nie dostrzegać biedy. Bieda nie jest interesująca, nie niesie w sobie żadnego przekazu – a jeśli już, to jako składnik myślenia o świecie w kategoriach walki klas i różnych systemów społecznych. Biedę można było znaleźć w kraju – niekoniecznie na dalekich rubieżach świata. I istotnie – reportaż krajowy, zwłaszcza ten, który powstawał tuż po Październiku – rejestrował polską biedę, Polskę prowincjonalną, nawet nie powiatową, ile gminną i wiejską. Były to obrazy przejmujące, niesłychanie plastyczne, rejestrowały obraz głęboko ukrywanych przez władzę kulis życia. Ale to była nasza bieda, własna, niepowtarzalna i jedyna. Dlaczego więc mielibyśmy czytać o biedzie w Ameryce Środkowej, Afryce, na przedmieściach Kalkuty, w owym anus mundi, tak niewiarygodnie przejmująco opisanym przez G. Grassa? Dlaczego ma być dla nas interesująca?
I te pytania prowadzą nas do następnego, bardziej zasadniczego pytania: jak to było możliwe, by reportaż – gatunek predestynowany do mówienia bezwzględnej prawdy – mógł odnosić sukcesy w systemie opartym na cenzurze, reglamentacji środków przeznaczonych na książki, dobieraniu dziennikarzy, którzy mieli lub nie mieli praw do publikacji, o wyjazdach zagranicznych nawet nie mówiąc?

Osobista dygresja: tuż przed 1980 rokiem złożyłem w Krajowej Agencji Wydawniczej książkę o polskim reportażu lat 60. i 70. Nazywała się Światopogląd faktu (co było aluzją do tytułu znakomitej monografii mojego mentora naukowego i promotora, prof. Stanisława Eilego, Światopogląd powieści). Próbowałem opisać techniki reportażowe tego czasu, jako swoistą alegorezę: jako przedstawienie jednostkowych ludzkich przypadków prowadzące do wniosków wykraczających poza wszelką jednostkowość. Inaczej – jako rozpaczliwą próbę charakterystyki mechanizmów systemowych, determinujących życie ludzkie. Książka została przyjęta, honorarium wypłacone, zrobiłem nawet autorską korektę „szczotek” tego tomu. W grudniu 1979 poinformowano mnie, że książka się nie ukaże: skład uległ rozsypaniu. Wskazałem bowiem metodę, która wykorzystywała jednostkowy fakt, wydarzenie, ludzki los jako okazję do powiedzenia prawdy o ogólnych regułach sterujących naszym życiem – tu i teraz. Zastanawiam się, czy ktoś, kto podjął decyzję o zniszczeniu składu zrobił źle, czy dobrze. Pewnie dobrze, bowiem w jakiś sposób „dekonspirowałem” techniki gry z cenzurą, jakie opanowała tzw. polska szkoła reportażu. Nie sądzę jednak, by ktoś, kto obserwował polską prasę i polskich reporterów z Białego Domu w Warszawie, dowiadywał się o tej metodzie akurat ode mnie. Ona stawała się coraz bardziej czytelna i oczywista: chodziło po prostu o to, by jej nie ujawniać, by nie wskazywać władzy jej słabości w walce z reportażem „alegorycznym” czy „metaforycznym”, opartym na dwuznacznej ontologii zawartych w nim faktów.
Kapuściński mówi (a jest to fragment wywiadu udzielonego „Gazecie Współczesnej” w 1997 roku, czyli przeszło 20 lat po moim incydencie z własną książką):

„Natomiast jeśli chodzi o moje pokolenie, myśmy zaczynali pisać w bardzo trudnych warunkach. Cenzura, wszelkiego typu ograniczenia, z prześladowaniem włącznie, nawet z jawnym napiętnowaniem. Ale przecież w czasach, kiedy oficjalna propaganda wymagała wyłącznie hurraoptymizmu, reportaż był dla nas jedyną formą, w której dawało się cokolwiek powiedzieć o polskiej biedzie, polskich nieszczęściach, tragicznych losach. Zawsze znajdowaliśmy jakieś tajemne »wejście od kuchni« i na podstawie osobistych losów jednostki czy jakiegoś miejsca próbowaliśmy przemycić prawdy ogólniejsze. Polskiego czytelnika, który zawsze był szalenie inteligentny, nie musieliśmy specjalnie pouczać. Z każdym ważniejszym tekstem umacniała się między piszącym a czytającym jakaś tajemna więź, rodzaj »cichej zmowy«, jakby odtrutki na koszmar rzeczywistości” [Kapuściński 2006; 66-67].

Kapuściński, w tym samym wywiadzie, a także przy innych okazjach, zaznacza więź z własnym pokoleniem pisarzy i reportażystów, z ludźmi, którzy stanowili „polską szkołę reportażu”. To alegoryczne myślenie, ta potrzeba wykraczania poza jednostkowy wymiar faktu – to było wyposażenie, jakie Ryszard Kapuściński wyniósł ze specyfiki polskiego reportażu. I ze specyfiki „stylu odbioru” tego reportażu, jaki zaczął obowiązywać w kraju, szczególnie od połowy lat 70. Nic dziwnego, że jako alegorię upadającej władzy – wszelkiej, a więc i polskiej – przyjęto w Polsce i potem na świecie, Cesarza i Szachinszacha. Bardzo podobną technikę zastosował Kapuściński w Imperium. „Jam jest cesarstwo u progu wielkiego konania” – to dobry komentarz do tych trzech książek, choć wywiedziony przecież z liczącego sobie grubo ponad sto lat poematu Verlaine’a. Ale Imperium, które ukazało się w 1993 roku (pomysł na tę książkę zrodził się wraz z pojawieniem się pierestrojki i Gorbaczowa; Kapuściński podejrzewał, że polityka głasnosti może doprowadzić do katastrofy imperium zbudowane na załganiu i manipulacji) nie było już odbierana jako alegoria gnijącej władzy. Polacy odbierali tę opowieść wprost, jako opowieść o gnijącym ZSRR! Z nienawistną satysfakcją, z poczuciem rosnącej wolności – nawet jeśli Kapuściński wyraźnie ostrzegał, że komunizm za wschodnią granicą nie kończy się wraz z likwidacją sowieckich instytucji władzy. Jest coś, co pozostało grubym osadem w mentalności Rosjan zwłaszcza: to coś – nieokreślone, a przecież istniejące – ogromnie spowolniło likwidację komunizmu w krajach byłego ZSRR i co, jak pokazują ostatnie lata, zaowocowało modelem Rosji stworzonym przez Putina.

Ta zmiana nastawień lekturowych czytelników polskich, jaka ujawniła się w przypadku Imperium, wynikła, w oczywisty sposób, z faktu, że w Polsce zniknęła już cenzura. Opis świata w reportażu nie musiał już być efektem gry między spojrzeniem na sprawy jednostkowe a ujęciem alegorycznym, uniwersalizującym. Czytelnik polski oczekiwał na jasne, bezpośrednie przesłania.
Jeśli dziś pytamy, co Kapuściński dał polskiemu dziennikarstwu, to po pierwsze: nie wolno zapominać, że jego technika pisarska wyrasta z takiego modelu tego dziennikarstwa, który przeciwstawił się obowiązującym w okresie PRL regułom sterującym mediami. To właśnie, wspomniana wyżej, „strategia alegoryczna”, zdolność do przenoszenia jednostkowego zdarzenia w obszary uniwersalne, umiejętność spoglądania na jednostkowy los ludzki jako składnik wielkiego, globalnego, procesu historycznego. W kropli wody można ujrzeć ocean – trudno w tym miejscu ustrzec się tego wyświechtanego nieco powiedzenia.

Ale to akurat reporterzy polscy, z pokolenia Kapuścińskiego i nieco młodsi, doskonale wiedzieli – i próbowali zamieniać w teksty prasowe i książki. Tyle, że ów „obszar uniwersalny” przybierał z reguły kształt Polski. Kapuściński pokazał – także reporterom z generacji najmłodszej – że uniwersum może i wręcz powinno przybierać kształt naszej planety. Że pisząc o losach ludzi w Ugandzie, Salwadorze, Kenii, Nairobi czy Delhi – pisze się także – a nawet przede wszystkim – o ludziach w Polsce, np. o mieszkańcach popegeerowskich wsi na Mazurach czy Podkarpaciu. Pytany, dlaczego w sumie tak mało i tak niechętnie pisał o Polsce, odpowiadał:

„[…]to bardzo dobrze, iż nie piszę o Polsce. Uważam bowiem, iż polska literatura, jak i każda inna, powinna poszerzać swój horyzont, przekraczać granice narodowych opłotków. Żyjemy w świecie, który staje się coraz bardziej światem globalnym, jednością – mówiąc szumnie, i fakt ten musi się odbić na kształcie literatury: literatura nie może żyć, nie wyciągając z tego wniosków. Otóż uważam się za kogoś – i bardzo jestem z tego dumny – kto wnosi nowe wątki do naszej literatury narodowej, patriotycznej, powstańczej, okupacyjnej, partyzanckiej itd. itd. – ale pozbawionej właśnie wątków ogólnoludzkich w pojęciu geografii człowieka, geografii ludzkości. Na pytanie, dlaczego nie piszę o Polsce, odpowiadam również, że to dobrze, bo z kolei o tym, o czym ja piszę, nikt inny nie jest w stanie napisać. […] Ja jestem, czuję się specjalistą w szeroko pojętych problemach Trzeciego Świata, globalizmu czy – mówiąc filozoficznie – holizmu. Natomiast Polska to mój kraj, do którego mam stosunek sentymentalny, mieszkam tu i piszę w tym języku, ale –Boże! – ja się po prostu na Polsce nie znam, jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało. […] Ludzie pytali, dlaczego nie piszę o Polsce – chociaż ja zawsze pisałem o Polsce! Zawsze to robiłem, ale oczywiście nie w sensie dosłownym czy w otwarty sposób”[Kapuściński 2006; 100,101,102].

Nie ma w tym wyznaniu cienia ani pychy, ani minoderii. Kapuścińskiemu polskie dziennikarstwo zawdzięcza bez wątpienia dowód, iż można być dziennikarzem, dziennikarzem środkowoeuropejskim, dziennikarzem polskim – i zarazem filozofem świata. Że można być obywatelem prowincji – i zarazem ogarniać problemy globu i że ów prowincjonalizm w niczym owej globalnej perspektywie nie zagraża, wręcz przeciwnie: czyni ją mniej abstrakcyjną i wyrachowaną – jak bywa to w przypadku dziennikarstwa zachodnioeuropejskiego czy zwłaszcza amerykańskiego – bowiem pozwala zwracać uwagę na najdrobniejsze przejawy życia, na najdrobniejsze symptomy nadchodzącej katastrofy. Takiej, globalnej, perspektywy spoglądania na szczegół, na jednostkowy los, nie mieli ani rówieśnicy autora Cesarza, ani nieco od niego młodsi. Perspektywa ta zjawia się dopiero u „uczniów” Kapuścińskiego: trzydziestoparolatków.

Reportaż Kapuścińskiego, człowieka wyposażonego w zdolność globalnego, „holistycznego” oglądu świata – dał polskiemu dziennikarstwu zdolność spoglądania na biedę. Spoglądania szczególnego, takiego, które potrafi odkryć w biedzie godność. Ta godność ma wymiar personalistyczny: bieda nie odbiera godności człowiekowi jako osobie, a nawet potrafi ją uwyraźnić, zaakcentować, uczynić materialnie wręcz uchwytną. Autor Imperium – jak o nim niekiedy się powiada: antropolog biedy – nie ukrywał nigdy lewicowych sympatii, a jednak jego ogląd wszechświatowej biedy ewoluował od jej opisu jako problemu ekonomicznego czy politycznego do ujęcia wręcz metafizycznego. To rzecz ogromnie ważna w czasach, gdy znaczna część dziennikarzy polskich skłonna jest problem biedy interpretować w kategoriach prawicowych, ortodoksyjnie liberalnych. Dla Kapuścińskiego wykluczenie ekonomiczne czy – ogólniej: cywilizacyjne – nie oznaczało wykluczenia z człowieczeństwa, przeciwnie, uwyraźniało jego sens. Pisał m.in. o tym, że postęp technologiczny nie zawsze niesie ze sobą impuls modernizacyjny, a operując często kategoriami „zmiany” (ewolucyjnej czy rewolucyjnej) i „trwania” (pojmowanego jako potrzeba zachowania status quo społecznego) przestrzegał przed czarno-białymi diagnozami i prognozami dla świata (stąd brała się jego polemika z poglądami Huntingtona i Fukuyamy). Unikał konsekwentnie okcydentalnego spojrzenia na świat – także w przypadku oceny terroryzmu, który był dla niego specyficzną, skrajną formą integryzmu [Bereś, Burnetko 2007; 187 i n.], a nie emanacją konkretnej ideologii czy religii (islamu). Stąd jego niechęć do histerycznych reakcji w stylu Oriany Fallaci, autorki, której doświadczenie reporterskie daje się przecież porównać do tego, jakie stało się udziałem Kapuścińskiego. Dlatego z pewnym przerażeniem obserwował, że poglądy autorki Wściekłości i dumy zyskują aplauz wśród polskich komentatorów.

Dążył do umiaru – co wynikało z ogromu doświadczenia, obserwacji, przemyśleń, lektur. Cenił zdolność do słuchania – tak, słuchania! – różnych poglądów. Rzeczywistość, jaką budował w sobie i dla innych była „wielogłosowa” – Bachtinowskim rozumieniu. Była ona jak jego biblioteka i jak jego Lapidaria. Okazuje się, że to wcale nie musi być dzisiaj, w dzisiejszym świecie medialnym (i nie tylko) zaleta. W rozmowie z jednym z najwybitniejszych literaturoznawców polskich usłyszałem, że Lapidaria i generalnie wszystkie diagnozy Kapuścińskiego odnoszące się do współczesnego świata są po pierwsze infantylne, po drugie – dowodzą chęci wyłgania się od jednoznacznej, spójnej wizji rzeczywistości. Poetyka fragmentu – którą Kapuściński cenił i uważał za jedyny sposób uchwycenia wielobarwności świata [Chudoba 2007] – to, wedle takich ocen – poetyka eskapizmu. Usłyszałem też od kogoś innego, że późna twórczość Kapuścińskiego jest emanacją obrzydliwej „politycznej poprawności” właściwej lewicującemu środowisku dziennikarzy, politologów i historyków zachodnich.

Można się z tym zgadzać lub nie. Warto jednak takie sądy zderzyć z podkreślanym przez Kapuścińskiego wymogiem, by reporter odznaczał się dobrocią, umiejętnością słuchania ludzi, empatią. Zatem: dobroć, ucho otwarte na innego człowieka, empatia – to obrzydliwa political corectness, „pedalska” (używam tu języka Fallaci) nieumiejętność wyprowadzania prostych ciosów w gębę, eskapizm i manifestacyjne wyłgiwanie się od powiedzenia prostego „tak” lub „nie”. Jeśli nie bijesz – nie masz jaj. Nie masz jaj – nie masz co liczyć na czytelnika. To prowadzi nas do sprawy mediów, roli dziennikarza i ocen współczesnych technik reporterskich, jakie Kapuściński formułował w wielu miejscach.
Są one gorzkie. Mówił o powierzchowności, braku rzeczywistego zainteresowania ludźmi i sprawami, jakie współcześni reporterzy opisują. Mówił o „newsowej” świadomości, o zdekomponowanym przez pośpiech i wymogi wizualności oglądzie świata. O nadprodukcji dziennikarzy, kształconych co najwyżej na media workers; o ich ignorancji i lukach w wykształceniu; o braku pokory wobec świata i przesadnie wybujałym ego. O tym, że tego wszystkiego, co w nich złe, dziennikarze współcześni nie traktują jako powód do wstydu lub co najmniej autorefleksji, ale jako dowód, że odpowiadają uniwersalnym standardom dziennikarskim. Bo świata nie da się zawrócić, a oni idą z prądem zmiany.
Czy ktoś mówił o konformizmie? Jaki jest konformizm Kapuścińskiego, jaki młodych żurnalistów? Pokolenie autora Hebanu i on sam musiało walczyć z cenzurą, z reglamentacją informacji, z ograniczeniami w dostępie do wydawnictw. Znalazło na to sposób w „strategii alegorii”, o której mówiłem wcześniej. Pokolenie dziennikarzy, które ledwie zaczęło pracę w mediach, nie zamierza z niczym walczyć, a zwłaszcza z gorsetem komercjalnego schematu, w jaki została dziś wpisana praca reportera i w ogóle – dziennikarza. O ile Kapuściński – i jego rówieśnicy – starali się przekroczyć standardy „medialności”, o tyle najmłodsi dziennikarze, a nawet adepci tego zawodu, gorliwie i konformistycznie obecne standardy spełniają i nie zamierzają niczym im uchybiać. A to, że ich gazety, radiostacje i telewizje muszą być obecne również w Sieci sprawia, że teksty swoje „komponują” jako multimedialne mozaiki lub obmyślają jako montaże tego, co już w Sieci istnieje – sprowadza ich zawód do wędrówki nie tyle w głąb, ile po powierzchni płynnego świata. W tym świecie ludzie, sprawy, przedmioty, problemy, dramaty i radości rozmieszczone są jak elementy na graficznym, dwuwymiarowym interfejsie. Są „en page”, a nie „en scène”. „Niewidzialna ręka rynku” okazuje się dla tego zawodu znacznie surowsza niż „niby-niewidzialny” ołówek peerelowskiego cenzora. Zmusza i do moralnych, i do poznawczych kompromisów skuteczniej, bardziej nieodwracalnie.
Kapuściński mówił o tym z żalem, gorzko. Ale nigdzie nie powiedział jasno: to jest złe, to jest zabójcze dla dziennikarstwa, dla mediów, dla indywidualnego rozwoju ludzi, którzy chcą się temu zawodowi poświęcić. To raczej zrezygnowana diagnoza stanu rzeczy, kierunku przemian, trendu. Czy znów mamy dostrzegać w takiej postawie „obrzydliwą political corectness”?
Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule mojego wystąpienia muszę – nie ukrywam, że z wielkim smutkiem – stwierdzić: Gdyby nie było Kapuścińskiego, polskie dziennikarstwo byłoby takie, jakie jest. To dramatyczna diagnoza – rozumiem. Czy oznacza, że gigantyczny trud, jaki wykonał ten skromny, cichy, otwarty na świat i siebie obywatel Polesia, Polski i świata – poszedł na marne?
Nie, nie poszedł. Stworzył pewne standardy zawodu, zakreślił granice. Gdyby nie on, sądzilibyśmy może, że to, co robią dzisiejsi media workers jest ostateczną, najwyższą formą dziennikarstwa. Wiemy, że z pewnością nie jest – m.in. dlatego, że mamy książki Kapuścińskiego. I dzięki temu możemy docenić to, co robią jego prawdziwi i duchowi uczniowie, ci nieliczni, którzy z obecności pana Ryszarda w naszej kulturze wyciągnęli i wnioski, i lekcje.
Twórczość Kapuścińskiego jest modna. Kiedy moda nań przeminie – bo, jak wszystko, przeminie! – stanie się pisarstwem „niszowym”, dostępnym tylko nielicznym. Nie ma powodu, by drzeć z tego powodu szaty; sam Kapuściński nie zachwycał się statusem pisarza „masowego”: nie ufał wybuchającym nagle literackim gwiazdom, o których pamięć przemijała po paru latach. Wielka literatura musi być dobrem rzadkim, bowiem o randze pisarza świadczą nie nakłady i nie zachwyty literackich koterii.

Zbigniew Bauer
Uniwersytet Pedagogiczny im. Komisji Edukacji Narodowej
Kraków

* Tekst przedstawiony w czasie konferencji „Ryszard Kapuściński (1932-2007). Portret dziennikarza i myśliciela” zorganizowanej na UJ 9-10.10.2007 i nieuwzględniony z nieznanych powodów przez redaktorów (K. Wolny-Zmorzyński, W. Piątkowska-Stepaniak, B. Nierenberg) tomu pod tym samym tytułem, opublikowanego przez Wydawnictwo Uniwersytetu Opolskiego, Opole 2008.

Bibliografia:

Bereś Witold, Burnetko Krzysztof, Kapuściński: nie ogarniam świata. Z Ryszardem Kapuścińskim spotykają się Witold Bereś i Krzysztof Burnetko, Warszawa 2007.
Chudoba Ewa, Lapidarium Ryszarda Kapuścińskiego jako kolaż, „Teksty Drugie” nr 6/2007.
Domosławski Artur, Przeciwko bałamuceniu świata, „Gazeta Wyborcza” z 2.11.2007.
Frelek Ryszard, Brudny i oberwany, „Press” nr 2/2007.
Gzell Tomasz, Zmarł Ryszard Kapuściński, PAP depesza z 25.01.2007; http://www.kapuscinski.info/page/po_smierci/jezyk/1/kat/33/txt/92″ (dostęp z 19.11.2008).
Ryszard Kapuściński: portret reportera, wybór i wstęp K. Strączek, Kraków 2006.
Shafer Jack, The Lies of Ryszard Kapuściński or, if you prefer, the „magical realism” of the now-departed master, “Slate” z 25.01.07; http://www.slate.com/id/2158315/pagenum/all/ (dostęp z 18.11.2008).
Smoleński Paweł, Był Rysiek, „GW” z 25 stycznia 2007.

——————————————————————————————–
Materiał udostępniany na zasadach licencji

Creative Commons 2.5
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne
-Na tych samych warunkach 2.5 Polska

——————————————————————————————–

Leave your response!

You must be logged in to post a comment.